pam pam

masz sliczne wroclawskie oczy. te oczy obserwuja swit slonca nad wielkimi blokami, kiedy budzisz sie rano. te oczy ogladaja samoloty ktore przecinaja bezchmurne niebo w letnie gorace wieczory, gdzie slonce zachodzi. nie jestes jednak taka jak oni do konca. miejskie wszy, uliczne karaluchy, pasozyty rozdzierajace i trawice nasze miasto. kiedys znow wyjdziemy na ulice i pokazemy im czym byl stary porzadek. nie teraz, o nie. teraz jestesmy starzy i zimni jak groby na zapomnianym cmentarzu. najpierw sie przeychlamy, potem zapadamy a potem zderzamy ze soba. razem pod katem wygladamy jakbysmy sie przytulali do siebie. obrastamy jednym mchem. dni,tygodnie mijaja. cale sezony w otwiecznym kregu zycia kraza coraz szybciej i szybciej – a my ciagle zapadamy sie w siebie.gdybym mial rece objal bym ciebie nimi i wyciagnal z bagna. a moze wpadlas bys po sama szyje w moim ?
tak czy inaczej nie bedziemy razem. wiem otym widze to w twoich oczach. znowu pytasz „czemu?” – widzisz ciagle szukasz jednego chlopaka. jeden archetyp. spotykalas sie z wieloma, wielu kochalas, lecz za kazdym razem ktos cie zawodzil. wyrzucalas go ze swojego zycia. zapominalas o nim. obiecywalas sobie ze ten bedzie ostatni. nastepny mial byc porzadnym ojcem twoich pieknych dzieci.za jakis czas w knajpie poznawalas kogos takiego samemgo. mozna by powiedziec ze dawalas szanse za kazdym razem temu samemu facetowi, mimo ze spotykalas sie z innym – dawalas szanse swojemu archetypowi. ale dzis bedzie inaczej. dzis , tutaj, teraz w tej jebanej spelunie przy tym barze stoi twoj On. ARchetyp. na poczatku wydawalo ci sie ze uslyszysz niezla bajere. moze ktos ci cos wkreci niezlego. przychodze do twojego baru od kilku tygodni. kilka tygodni bo od tylu jestem w tym miescie. wczesniej bylo inne miasto, inny bar. inna Ty. te same problemy ta sama wodka z tych samych kieliszkow, ten sam kac. bo widzisz tak sie niestety sklada ze ty tez jestes czyms archetypem – moim. ile razy juz widzialem ten sam blysk oka, blask wlosow, zapach – tak, wspanialy zapach ostrej laski.
zrobil przerwe na chwile. zapalil papierosa, poczym wypil stojaca przed nim lufe.na jego twarzy poajwil sie grymas- przez jego twarz przaebiegl cien. popatrzyl na nia swoimi smutnymi oczami.
- i tutaj jest ta smutna czesc historii, bo wtym jebanym miescie, w tym jebanym miescie – powtorzyl, zbierajac jakby mysli- tutaj sie nie dzieje nic dobrego. miasta sa ciagle nowe, nowe dworce nowe tanie hoteliki ale tak naprawde one tez sie powtarzaja. powielaja w nieskonczonych rownoleglych swiatach, miasto ciagle jest takie samo – jedno takie samo.niekonczaca sie dzungla asfaltowych ulic i alei, przecinajacych sie po katem 90 stopni.nasze zycia wyglada ciagle tak samo-chrzaknal, alkohol coraz bardziej uderzal w glowe- choc dzis jest szansa wydostac sie z bagna. wielki waz ktory porzera swoj wlasny ogon moze zostac przeciety a my wyjdziemy z tego cholernego zakletego kregu.
potem ona cos powiedziala. wiedzial ze musiala cos powiedziec, widzial ze otwierala usta. obraz powoli sie rozmyl.pomyslal ze jest pijany- probowal sie mocniej skoncentrowac jednak kiedy pochylal sie do przodu. wszystkie lementy skladanki powoli sie roapdaly. rozgladal sie jak swiat dookola niego powoli rozpada sie na puzzle. czern i pustka pochlaniala wszystko dookola. kamienice, cale ulice dzielnice az w koncu pochlonela kawalek po kawalku nawet bar w ktorym siedzial. na koncu zniknela ona rozblyskujac lekko .
otworzyl oczy, poczym zamknal je od razu. nic nie pamietal. kolejny stracony wieczor. z bolem pomyslal o zmuszaniu sie do pojscia do pracy. wtedy wlasnie poczul ze wcale nie przekreca sie swojej zmietej poscieli, lecz w czym co najwidoczniej sie zmienilo.czyli jednak sie wyrwal. jednak jest tutaj z nia. mimo ze nic juz nie pamieta co zzdazylo sie poprzedniego wieczora, w ktorym barze wyladowal. poznal kogos? gdzie ja bylem – probowal przypomniec sobie ale w penym momencie doszedl do wniosku ze to nie ma sensu. byl w niebie przynajmniej sie tak czul. niechcial otwierac oczu. mial nadzieje ze wlasnie piewsze promienie wstajacego slonca muskaja jego zmieta twarz. z radoscia pomyslal o tmy ze otworzy oczy w zupelnie nowym dziwnym mieszkaniu ktorym bedzie cieplo , w ktorym bedzie ona.
oby to byla ta ostatnia. nie bedzie juz kolejnej – ta bedzie ostatnia. byla wielu – teraz bedzie jego. tak bardzo jej pragnal, byla tak nieosiagalna. czul jej obecnosc.podniosl leniwie jedna powieke apotem druga. lezala obok niego. wszystko bylo jak w najpiekniejszym snie. widzial ja teraz dokladnie- lezala na plecach przykryta koldra od pasa w dol. wypatrywal sie w nia jak uzeczony. wiele razy gdy tylko sie obudzil pierwszy ubieral sie pospiesznie zostawiaajc czasem ,jesli cos akurat mial, jakas kase na szafce nocnej. po tym manewrze zadna wiecej nie chciala od niego juz nic. nawet jesli czasem ich scieszki przeciely sie na tej samej ulicy – wiedzial ze jest skurwysynem. twardym hujem ktorego nic nie ruszy. moze tka nie bylo – moze tak bylo. w sordku w czlowieku dzialy sie inne rzeczy niz bylo je mozna zobaczyc na zewnatrz. dzieki temu byl tam gdzie byl, dzieki temu ze jego wewnetrzny swiat zyl swoim zyciem nie zginal jeszcze.
byla idealna.Byla. nie wiedzial jak im sie ulozy, lecz wiedzial ze to napewno byla ona.gdyby tylko wiedziala…kim byl kiedys…zreszta moze sie dowie i ciagle bedzie ze mna.- przeszlosc pozostanie przeszloscia , nie zmienie tego- pomyslal, obserwujac jej powoli spokojny oddech. nie byla sie jego- mial taka nadzieje. ze nie byla pijana ze nie zerwie sie z krzykiem kiedy go zobaczy. choc coz z checia zobaczyl by jak jej piersi podskuja.jak odrzuca do tylu grzywke, a w jej oczach blysk. pomyslal ze chcialby zoabczyc jej oczy.z drugiej strony niechcialby by jej budzic….odwrocil sie szukajac fajek. wstal i przeszedl do kolejnego popieszczenia. malej ciasnej kuchni. na stole lezaly papierosy. usiadl na zimnym blacie i zapalil. kac powoli mijal. wypelnialo go szczescie. byl nim przesiakniety. do ….szpiku jego najbardziej skurwysynskiej kosci.